Nazywam się Iwona, a Ty znajdujesz się na radosnej stronce o podróżowaniu. 60 krajów, 6 kontynentów, 3 podbródki – czyli dużo rodzinnych przygód, uśmiechu, sporo przydatnych wskazówek i absolutnie niepoważnego humoru 🙂
Kapadocja – kraina pięknych koni
Kapadocja – kraina pięknych koni
Odwiedziliśmy Kapadocję, niezwykłą Krainę Pięknych Koni. To w sumie niewielki obszar, bo według niektórych źródeł nawet 300 km2, ale nieprawdopodobnie bogaty w atrakcyjne formacje skalne układające się w doliny, dodatkowo jeszcze wszędzie widać rzeźbienia w skale tworzące skalne miasta. A jakby tego było mało, to o świcie w niebo unosi się ponad setka balonów, które już zupełnie człowieka rozkładają na łopatki tym jaki tworzą piękny widok. Zapierający dech w piersiach.

Nocleg
Noclegów w Goreme najlepiej szukać na booking. Sprawdźcie opcje ze śniadaniem bo warto, śniadanie z widokiem na Kapadocje zapamiętacie na całe życie. My spaliśmy TUTAJ i bardzo polecam to miejsce!
Transport
Jak dostać się do Kapadocji? Najpierw lot z Krakowa lub Warszawy do Stambułu, liniami lotniczymi lot lub Turkish airlines.
Ze Stambułu mamy dwie opcje, żeby dostać się do Kapadocji. Możemy w Stambule wynająć samochód, i jechać tam, zwiedzając przy okazji Ankarę i jezioro Tuz Golu, to jednak ok 750 km trasy. Ma to sens, jeśli planujecie ogólnie objechać całą Turcję (my tak zrobiliśmy).
Jeśli jednak chcecie zobaczyć tylko Stambuł i Kapadocję, możecie tam polecieć. Lot Stambuł – Kayseri to koszt ok 330 zł/osoby/ w dwie strony, Turkish Airlines lub Pegasus Airlines.
W Kayseri można złapać autobus do Goreme, flixbus. Kosztuje 3,90 Euro. Do Goreme jest nieco ponad godzina drogi.
W Kayseri możecie też wynając samochód, kosztuje około 100 zł/dzień bez ubezpieczenia. Cenę sprawdzałam na kayak.
Atrakcje
W Kapadocji spędziliśmy dwa dni, ale to tak intensywne dni, że można je spokojnie uznać za tydzień. To takie dni w życiu, że oddałbyś za nie miesiące szarego życia i chodzenia do pracy, bo było po prostu fenomenalnie. Ale do rzeczy:
- Dolina Miłości, nazwana tak na cześć pewnego narządu, i nie chodzi mi o serce xD Serio, chodzi o te kamienne fallusy, które stworzyła natura (mam trochę wrażenie że natura jest jak ten chłopiec z podstawówki, co we wszystkich zeszytach rysuje jedno i to samo
).

- Kolejne miejsce to cudowna Rose Valley, czyli Różowa Dolina, która moim zdaniem wcale nie była różowa, tylko szara, bo jestem daltonistą. Kuba się już przyzwyczaił, że jak proszę go żeby mi podał szare buty, to chodzi o te różowe, a jak chcę szary sweter, to potrzebuje ten zielony


- Wybraliśmy się na zwiedzanie niesamowitego podziemnego miasta w Derinkuyu. Miasto sięga aż 8 pięter wgłąb ziemi!
Mogło się tam ponoć mieścić aż 20 tysięcy ludzi, chociaż ciężko mi w to uwierzyć, tak tam ciasno. W ogóle chyba nie żyły wtedy takie wielkie baby jak ja, bo ledwo się przeciskałam po tych schodkach. Jedzenia mogło starczyć, w trudnych czasach kiedy ludzie musieli się tam chować, nawet na 6 miesięcy – wyobrażacie sobie takie życie? Zresztą jakbyśmy tam z Kubą mieszkali to by im zapasów starczyło na 2 tygodnie, tyle żremy 

- Potem czekała nas prawdziwa przygoda – poszliśmy zobaczyć skalne miasto Cavusin, w którym jeszcze w połowie XX wieku mieszkali ludzie – niestety, w 1963 na skutek trzęsienia ziemi skalne miasto zawaliło się i mieszkańcy wynieśli się stamtąd na zawsze. Teraz teren jest w sumie niedostępny, ale my mieliśmy szczęscie – trafiliśmy na pana, który układał płytki, ale jak nas zobaczył to rzucił robotą i zamienił się w przewodnika
Poprowadził nas po skalnych półkach (okazało się że jednak nie mam lęku wysokości jeśli ktoś wystarczająco często mówi do mnie „Lady yes yes yes this way”) na samą górę miasta.

Podziwialiśmy różne pomieszczenia, czuliśmy jak wiatr hula przez puste okna, pochłonięci przygodą dotarliśmy do opuszczonego kościoła z zamazanymi freskami. To było niesamowite przeżycie, trochę na nielegalu, życie na krawędzi (dosłownie na krawędzi xD). Pan oczywiście został wynagrodzony, yes yes yes.

- Dolina Latających Szczurów, czyli Dolina Gołębi
Myślałam początkowo, że nazwa nawiązuje do gołąbkowego koloru skał, czy coś w tym stylu. Ale nie, okazało się że po prostu fruwa tam dość konkretne stadko tych obsradzicieli, a gruchanie pięknie niesie się echem po zawijasach majestatycznej doliny. Jeszcze trochę, a pewnie nic z tej doliny nie zostanie, znając gołębiowe umiejętności rujnowania pomników XD

- Na zachód słońca pojechaliśmy do Zamku Uchisar, można stamtąd podziwiać panoramę całej Kapadocji. Niestety zachód słońca nie był bardzo wyraźny, ale dowiedziałam się że z naszych 27 stopni tydzień później zrobiło się 9 stopni i deszcz, więc na pogodę narzekać nie będę



Po dospaniu dwóch godzin wyruszyliśmy w trasę, zahaczając jeszcze o Goreme Open Air Museum. Warto, muzeum jest ciekawe – to wielki, wykuty w skale chrześcijański kompleks klasztorny. Przykro oglądać wizerunki i malowidła znanych nam świętych z zamazanymi oczami, lub z zadrapanymi twarzami, ale niestety religijna rewolucja niesie ze sobą takie konsekwencje.


























